RSS
   
Student hi-tech
2010-07-22

Wirtualne wykłady w trójwymiarze, tablety jako narzędzia nauki i podręczne biblioteki, smartfony pełniące rolę legitymacji studenckich i kart płatniczych? To wcale nie opis z filmu science-fiction, to rzeczywistość, która już jest na wyciągnięcie ręki. Rewolucja dokonuje się na naszych oczach. Właśnie teraz.

 

Czy możliwe jest życie bez telefonu komórkowego i Internetu? Obecnym studentom trudno to sobie wyobrazić, tak jak autorowi tego tekstu nie przychodzi nawet na myśl, by używać maszyny do pisania. Tymczasem technologia, która zawładnęła nami całkowicie, jeszcze 10 lat temu miała na nas znikomy wpływ. Aby do kogoś zadzwonić spoza domu, bardziej opłacało się poszukać budki telefonicznej. Aby wysłać maila, trzeba było wdzwonić się modemem w linię stacjonarną i pamiętać, że co trzy minuty zlicza się kolejny impuls. A każdy, kto pochwalił się w studenckim towarzystwie najnowszym modelem komórki, mógł ściągnąć na siebie falę żartów i kpin. Dziś takie historie brzmią jak opowieści dziadka o czasach okupacji.

Wzbierająca fala postępu technologicznego, jakiej byliśmy świadkami w ostatniej dekadzie, w tym roku zamienia się w prawdziwe tsunami. Telewizja, kino i gry 3D, telefony, które nie przypominają już telefonów, dotykowe komputery wyglądające jak elektroniczne czytniki i czytniki zamieniające się w komputery – wynalazki, które już podbijają rynek, ukształtują nasze życie na najbliższe 10 lat. Do czasu, aż – jak przewidują największej sławy futurolodzy – nastąpi kolejna rewolucja.

 

Rok 2020 jest dla naukowców datą nie tyle graniczną, co magiczną. Wizje świata, jaki według futurologów będziemy wtedy oglądać, dają wiele do myślenia. Ian Person, badacz zatrudniony w British Telecom, prognozuje, że za 10 lat Nagrodę Nobla dostanie... elektronowy mózg. To by znaczyło, że już za kilka lat zbędni staną się wykładowcy, uczelnie zaczną zatrudniać blaszanych nauczycieli, a kolokwia będzie sprawdzał komputer. Może brzmi to śmiesznie, ale gigant internetowy

Google potraktował sprawę poważnie. Rok temu wspólnie z amerykańską agencją kosmiczną NASA uruchomił w Doli-nie Krzemowej Singularity University – uczelnię przygotowującą kadrę na czasy, w których maszyny przewyższą nas intelektem. Kibicuje im znany futurolog Ray Kurzweil, który niczym zły prorok ostrzega ludzkość, że w ciągu dekady komputery będą od nas mądrzejsze. Czy to oznacza, że ziści się czarny scenariusz z „Terminatora” i będziemy musieli walczyć z robotami o władzę? Może nie. Kurzweil dodaje bowiem na pocieszenie, że w 2030 r. ludzie będą już nieśmiertelni, głównie za sprawą wykorzystania nanotechnologii w medycynie.
Cofnijmy się jednak do czasów, w których komputery jeszcze nas słuchają, choć w szachy nie da się już z nimi wygrać. Warto tu przyjrzeć się urządzeniom, bez których nie wyobrażamy sobie już życia, a których gwałtowny rozwój pokazuje, że właśnie jesteśmy w samym środku rewolucji technologicznej.

 

HALO, TO JA
W roku 2000 większości Polaków, zwłaszcza starszych, Internet wciąż kojarzył się wyłącznie z internatem, a komórka ze składzikiem na narzędzia. Tymczasem na rynek wchodził telefon, który miał odmienić sposób komunikowania się ze światem. Nokia 7110, ze względu na swój kształt zwana bananem, mogła pochwalić się pierwszą w świecie przeglądarką WAP. Prymitywną, ale pozwalającą na czytanie stron internetowych. To był potężny skok do przodu. Potem pojawiła się zgrabniejsza Nokia 3210, kusząca dużym ekranem i brakiem antenki. Jej nowoczesny jak na tamte czasy design podbił serca maniaków komórkowych. Producentów z konkurencji też, bo wkrótce większość telefonów zaczęła wyglądać podobnie – miały coraz to większe wyświetlacze i coraz mniejsze przyciski. Przez 10 lat ekran w komórkach rozrastał się tak bardzo, że w końcu pochłonął klawiaturę. I tak narodził się smartfony – fenomen wśród telefonów, który wciąż nie powiedział ostatniego słowa.

10 lat po premierze „bananowej” Nokii rynek oszalał na punkcie telefonów z dotykowym ekranem. To bez wątpienia gadżet, który będzie hitem najbliższej dekady. Łatwy dostęp do Internetu, dobry aparat fotograficzny, odtwarzacz muzyki, niezliczona liczba aplikacji i gier – właśnie za to studenci kochają smartfony. Wydają się one być idealnym urządzeniem na nudny wykład. Analitycy łapią się za głowę, obserwując, jak telefony te rozpychają się na rynku. Według cieszącego się międzynarodową renomą instytutu badawczego Gartner, w 2009 r. na całym świecie sprzedano 1,2 mld telefonów komórkowych. Z tego 14 proc., czyli 170 mln sztuk, to smartfony. Niewiele? Wręcz przeciwnie, zważywszy na fakt, że przez rok ich sprzedaż podskoczyła aż o 23,6 proc., podczas gdy wszystkich telefonów... zmalała o 0,67 proc.
Ale na tym nie koniec. Tegoroczną rewolucją będzie z pewnością wejście na rynek nowego iPhone'a oznaczonego serią 4G. Apple stara się utrzymać szczegóły w tajemnicy, jednak już wiadomo, że będzie to telefon intuicyjnie współpracujący z użytkownikiem i odgadujący jego zamiary, np. ze sposobu trzyma- nia go w dłoniach. Ma posiadać nie tylko ekran czuły na dotyk, ale taką też... obudowę. Jak będzie w rzeczywistości? Przekonamy się w czerwcu, wtedy nastąpi premiera. Rozrastająca się liczba funkcji, jakie zyskuje telefon komórkowy, sprawia, że jeszcze długo nie spadnie on z piedestału, tak samo jak choćby pager, pierwszy odbiornik wiadomości tekstowych. – Nawet inżynierowie pracujący dla największych koncernów nie spodziewali się, jak rozwinie się rynek komórkowy – przyznaje Paweł Żmuda, pasjonat komórek oraz bloger publikujący w serwisach Komórkomania.pl i SIMblog.pl. – Z prostego narzędzia do odbierania wiadomości tekstowych, wykonywania połączeń i przeglądania prostych witryn, telefony stały się centrum mobilnej rozrywki. Odtwarzają pliki wideo i muzykę, pozwalają na szybkie aktualizowanie profilów na witrynach społecznościowych, grę w interaktywne gry z wykorzystaniem akcelerometru lub kompasu, prowadzą nas do celu w podróży – wylicza.

 

TELEFONEM W TWARZ
Jak wyglądać będą komórki w 2020 roku? – Każda odpowiedź na to pytanie to wróżenie z fusów – odpowiada Norbert Cała, zastępca redaktora naczelnego magazynu „Moje Jabłuszko” i miłośnik najnowszych technologii. Śmielej w przyszłość spogląda Paweł Żmuda. – W umysłach inżynierów już teraz pojawiają się całkowicie przezroczyste komórki, które będziemy składać niczym kartkę papieru, a nawet urządzenia wykorzystujące ciało człowieka jako interfejs – mówi. Okazuje się zresztą, że można już całkowicie zrezygnować z klawiatury, nawet tej wyś- wietlanej na ekranie smartfona. Masz telefon Google Nexus One albo Motorola Droid? Ściągasz specjalną aplikację z Google Labs i możesz wydawać swojej komórce polecenia gestem! Rysujesz palcem na ekranie literę „A” i telefon pokazuje wszystkie aplikacje i kontakty na tę literę. Piękne, prawda? Jeszcze dalej idzie Microsoft, który opracował Skinput, patent na sterowanie komórką bez jej dotykania. Zresztą nie tylko komórką, komputerem, odtwarzaczem mp3 i każdym innym elektronicznym gadżetem. Zakładasz na ramię specjalną opaskę, a ta zamienia w klawiaturę... twoje ramię. Mały rzutnik wyświetla ci na dłoni przyciski. I już możesz drugą dłonią wpisywać SMS-y. To dopiero science-fiction. Czym w takim razie będą telefony w przyszłości? Choćby środkiem płatniczym – przewidują analitycy firmy Gartner. Po co płacić gotówką lub kartą, skoro wystarczy wysłać SMS? Prawdopodobnie zastąpią też dokumenty tożsamości. Do lamusa odejdą wtedy legitymacje studenckie. Paniom w dziekanacie trzeba będzie pokazać komórkę i zidentyfikować się nią w uczelnianym systemie, np. za pomocą bluetootha.

 

Blogi - nowe notki

Zdaniem ekspertów, już za kilka lat telefony mogą stać się nawet naszymi... oczami. – Na obraz widziany przez kamerę telefonu nakładane będą informacje pobierane w czasie rzeczywistym z Internetu, na przykład dane o autorze obrazu oglądanego w galerii lub adres najbliższej pizzerii – przewiduje Paweł Żmuda. To rozwiązanie zaczerpnięte wprost z filmu „Raport mniejszości” Stevena Spielberga już staje się faktem. Coś w tym kierunku robi Motorola, która opatentowała komórkę zakładaną na oczy i po rozłożeniu przypominającą okulary. Pytanie tylko, kto zachce paradować po ulicy z telefonem na twarzy? O tym, że wyobraźnia ludzka w tej dziedzinie nie zna granic, świadczy choćby żart, na jaki niedawno dały się nabrać poważne media branżowe. Nieistniejąca firma SIMTEIJIN ogłosiła nabór kandydatów do testów wszczepianego w ucho telefonu Nanofon. Wiele osób uwierzyło, a in- ternetowe fora aż puchły od wpisów na temat nowego wynalazku. – Do podobnych produktów na razie sporo nam brakuje, jednak to, że nawet najbardziej poczytne portale uwierzyły w żart PR-owców, świadczy o tym, ile jeszcze przed nami – śmieje się Żmuda.


JA, TABLET
Rok 2010 jest rewolucyjny dzięki jeszcze jednemu gadżetowi. Otóż jak diabeł z pudełka na rynek wyskoczył iPad. Co prawda krytycy narzekali, że to przerośnięty iPhone i wskazywali, że są już na rynku lepsze tablety, ale wydawcy książek i czasopism zatarli ręce z radości. Liczą bowiem, że te zdobywające coraz większą popularność urządzenia uratują spadającą sprzedaż gazet. Co więcej, na pewno ułatwią młodym ludziom życie. Kolejki w uczelnianych bibliotekach i frustracja, gdy okazuje się, że ktoś zgarnął ci sprzed nosa niezbędną na ćwiczenia książkę, mogą naprawdę zepsuć dzień. A gdyby tak zamiast polować na skrypt, po prostu ściągnąć go z serwera uczelni? Bez wychodzenia z domu? To wcale nie tak odległa przyszłość. Technicznie jest już możliwe, by zamiast targać siatę z podręcznikami i kserówkami notatek, cały potrzebny materiał zgrać do pamięci tabletu. A żeby nie nudziło się w przer- wach między zajęciami, dorzucić jeszcze ulubione czasopisma. Problem w tym, że wciąż brakuje e-książek po polsku. Na szczęście to tylko kwestia czasu. – iPad ma wielką szansę stać się substytutem gazety lub magazynu w formie podobnej do tej, jaką znamy teraz. Ale łatwiej i szybciej dostępnej – prze- widuje Norbert Cała z miesięcznika „Moje Jabłuszko”. – Czytniki książek sprawdzają się tylko przy większych partiach materiału, do przeglądania gazet w wersji elektronicznej brak dobrych urządzeń. Właśnie iPad może doskonale wstrzelić się w tę niszę – dodaje. Z takiego założenia wyszły władze amerykańskiego George Fox University. I już teraz zaczęły rozdawać studentom pierwszego roku te tablety, widząc w nich doskonałe narzędzie do nauki.

Choć produkt firmy Apple nie jest pozbawiony wad – wytyka mu się m.in. brak złącza USB, kamery do rozmów internetowych oraz odbiornika GPS – jest to kolejny daleko postawiony krok w rozwoju tego typu sprzętu. Po piętach depcze mu najnowsze dzieło Microsoftu – tablet Courier. Szczegóły na jego temat utrzymywane są na razie w tajemnicy. Wiadomo już jednak, że ma kamerkę oraz – co ciekawe – podwójny, składany, 7-calowy ekran. Poza tym rozpoznaje pismo użytkownika. Na rynku pojawi się w drugiej połowie tego roku. Na pewno sporo tam namiesza. Maniacy komputerowi z niecierpliwością wyczekują też na odpowiedź firmy Google. O jej tablecie wiadomo na razie tylko tyle, że jest ładny. Firma pokazała bowiem, jak będzie wyglądał. Prawdopodobnie jeszcze w tym roku zobaczymy, jak działa.
Nieco inne rozwiązania proponuje firma Lenovo, która już wprowadziła na rynek sprzęt będący połączeniem netbooka i tabletu. Lenovo IdeaPad S10-3t ma ponaddziesięciocalowy ekran, który można obrócić o 180 stopni i rozłożyć, przekształcając go w dotykowy tablet. Wyposażono go także w funkcję rozpoznawania twarzy VeriFace, dzięki której twarz użytkownika może służyć do logowania do systemu i funkcję Quick Start 2.0, dającą dostęp do aplikacji i Internetu w ciągu kilku sekund, bez potrzeby ładowania Windowsa. A czym podobne urządzenia zaskoczą nas w 2020 roku? Tu rąbka tajemnicy uchyla firma Qualcomm, która niedawno opatentowała sprytne połączenie telewizora, telefonu komórkowego, tabletu, a nawet netbooka. Urządzenie składa się z dzielonego na trzy części i składanego na różne sposoby ekranu. Gadżet jest na razie w fazie planów, ale jeśli trafi na rynek, będzie miał szansę wyprzeć z niego wszystkie przenośne urządzenia do komunikacji. Jest więc o co walczyć. Jednak premiery należy spodziewać się najwcześniej za kilka lat. Pożyjemy, zobaczymy.
 

3D W DOMU I ZAGRODZIE
Niewykluczone jednak, że zanim produkt firmy Qualcomm wejdzie do gry, rynek zawłaszczą komputery typu All-in-One z ekranem dotykowym, które zrobiły furorę na targach elektroniki CeBIT 2010. Nie dość, że maszyny te łączą w całość komputer, ekran, myszkę i klawiaturę, to jeszcze pokazują obraz w HD oraz trójwymiarze!

Właśnie technologia 3D, znana od lat i przez wielu ekspertów już dawno odesłana do lamusa, sztur- mem bierze rynek. Kino przypomniało sobie o niej po spektakularnym sukcesie filmu „Avatar” Jamesa Camerona. Nagle okazało się, że ludzie chcą siedzieć w kinie w dziwnych dwukolorowych okularach na nosie. Fe- nomenem okazała się premiera ekranu firmy Sunny Ocean Studios na targach CeBIT 2010. Dlaczego fenomenem? Bo wyświetlacz ten nie wymaga do oglądania trójwymiarowych obrazów gogli z kolorowymi szkiełkami. Producenci telewizorów nie zamierzają jednak czekać na upow- szechnienie tej technologii. Ruszyli do ataku. Firma Samsung już pochwaliła się wypuszczeniem także na polski rynek swojego pierwszego odbiornika obsługującego format 3D. Do telewizora dołączane są specjalne okulary migawkowe – zasłaniają one naprzemiennie lewe i prawe oko w tempie 100 razy na sekundę – to sprawia, że do każdego dociera nieco inny obraz i wywołuje efekt głębi.

Ale trójwymiar to nie tylko kino i telewizja. To także gry komputerowe. Pod tym względem ten rok także będzie przełomowy. Sony już zapowiada, że większość wydanych w 2010 gier wypuści także w wersji 3D. Firma Ubisoft ogłasza, że zamierza w pełni wykorzystywać możliwości telewizorów do trójwymiaru. Specjalnie z myślą o nich stworzyła grę „Avatar”. – 3D jest dla obrazu tym, czym było Dolby Stereo dla dźwięku. Nikt nie chce wracać do mono – przekonuje Yannis Mallat, szef studia Ubisoft Montreal. Na razie ceny sprzętu do grania
w trójwymiarze przewyższają budżet przeciętnego studenta. Ale przecież wkrótce tech- nologia spowszednieje i zacznie tanieć.

To niejedyne tegoroczne premiery, których maniacy gier komputerowych nie mogą przegapić. Przede wszystkim Natal – urządzenie podłączane do konsoli Xbox 360 i zmieniające całkowicie sposób grania. Wyrzuć kontrolery, kable i inne joysticki. Za to nieźle się napocisz, bo wyposażony w kamerę Natal wykrywa ruch i przenosi go na ekran. Odpalisz strzelankę, będziesz musiał kryć się przed przeciwnikami, zdecydujesz się na grę o zawodach sportowych, to lepiej najpierw popracuj nad kondycją. Po drugiej stronie barykady w walce o graczy komputerowych jest PlayStation Move. Przypomina różdżkę ze świecącą kulką na końcu. Jak działa? Wystarczy nią zamachać, kamera przechwytuje ruch, a konsola odwzorowuje go na ekranie. Jednocześnie będzie można używać aż siedmiu kontrolerów. Wygląda na to, że odkryjemy na nowo komputerowe walki na miecze, boks, tenis stołowy albo golf. Trzeba będzie tylko skrzyknąć znajomych i przekonać władze uczelni, żeby pozwoliły w ten sposób zaliczać obowiązkowy WF. Czy dodanie do tego telewizora 3D na zawsze odmieni życie graczy?

Zapalony bloger i fascynat gier komputerowych Henryk Tur studzi jednak emocje. – Technologia 3D przyjmie się dopiero wówczas, gdy sprzęt pozwalający z niej korzystać będzie w rozsądnych cenach. Nie sądzę też, by kontrolery szybko zdominowały rynek. Jest przecież wielu miłośników gier strategicznych i przygodowych, którym na nic się nie przyda – przyznaje autor recenzji publikowanych m.in. w portalu Grrr.pl oraz na blogu Punktgie.pl.

 

Co będzie za kilka lat? Tu można pokusić się o prognozę. Dzisiejsze wynalazki w połączeniu ze stale rosnącą mocą obliczeniową procesorów wprowadzają nas bowiem powoli w rzeczywistość wirtualną. To nie żart. Teoretycznie dzięki technologii zastosowanej w Natalu już można myśleć o poruszaniu się w świecie wykreowanym wewnątrz komputera. Potrzebny jest tylko odpowiednio szybki sprzęt. Ale w roku 2020 nie będzie problem to. Co więcej, wejście w wirtualną rzeczywistość pozwoli na zawieranie wirtualnych znajomości z prawdziwymi użytkownikami oraz na osiedlanie się w realistycznie wyglądających wirtualnych miastach. Zupełnie jak w filmie „Matrix”. To kolejny krok po upowszechnieniu się wchodzących właśnie na rynek technologii.

Jeśli wszystko ułoży się zgodnie z tymi przewidywaniami, życie za 10 lat będzie przypominać raj. Zamiast zrywać się o świcie i bez śniadania pędzić z rozwianym włosem na przystanek, student założy okulary do wejścia w rzeczywistość wirtualną, zaloguje się na uczelni i wciąż siedząc w wygodnym fotelu uda się na zajęcia, gdzie w wirtualnych ławkach czekać będą już koledzy z ćwiczeń oraz wykładowca – zwizualizowany przez komputer program do nauki studentów, mądry
i kompetentny jak kapituła przyznająca Nagrodę Nobla. Potem szybkie przelogowanie na serwer biblioteki i ściągnięcie potrzebnych książek wprost na tablet. W razie konieczności jeszcze kliknięcie w wirtualny dziekanat, gdzie nie ma tłumów, a studentów obsługują miłe cyber-panie. I po kłopocie. A zaoszczędzony w ten sposób czas można przeznaczyć na spotkanie ze znajomymi. Oczywiście w realu.

źródło: www.dlaczego.com.pl

 

 
 
realizacja: Ideo    powered by cms: Edito
(c) Copyright 2007 doskonalenie24.pl